Ostatnie wpisy
Zakładki:
I. Autor
II. Blogosfera
III. Elementy składowe
IV. Punkt widzenia
V. Szablon
|
sobota, 15 października 2011
Czas do zmiany
Trzy lata temu dostaliśmy od wykładowcy zadanie: porozmawiać z bezdomnym. Odwiedziłem Fabryczny. Przed dwoma miesiącami spędziłem noc na tymczasowym dworcu we Wrocławiu. Trudne przeżycia. Ale w Łodzi płynący czas prowadził w pustkę. We Wrocławiu prowadzi do zmiany. Fabryczny nareszcie schodzi na tą drugą ścieżkę Pierwsze wrażenie wysiadającego na dworcu Fabrycznym było i jest uderzające. Smród, brud i nieliczne wysepki koloru: bary, kilka kiosków, centrum informacji turystycznej. Teraz gasną w nich światła, do ostatniego. Od kilku lat kolejne roczniki studentów i młodych mieszkańców żyły w dwóch miastach: tym, którego symbolem jest Manufaktura i drugim, zapadającym się we własne problemy. Z naturą miasta Fabrycznego musiałem się skonfrontować na trzecim roku studiów. Dostaliśmy zadanie: przeprowadzić wywiad z bezdomnym. Snuliśmy się po dworcu przez kilkanaście minut. Bezdomni byli dla nas wcześniej jak uciążliwy, bezkształtny symbol, od którego oddziela lustro weneckie. Zostaliśmy zmuszeni to lustro zbić. Najpierw trzeba było oduczyć się przyspieszania kroku, odwracania głowy. Później wytrzymać smród i zrozumieć nie składające się w nic spójnego zbitki zdań. Pierwsza rozmowa była krótka. Bezdomnych spotkaliśmy za jedną z dworcowych budek. Ze strzępków słów wyłaniały się wymyślane na poczekaniu historie życia. Po rozmowie poprosili mnie o pieniądze, a na koniec przez przypadek skasowałem nagranie. Koszmar. Drugi był pan Marek. Z nim rozmawiałem dłużej. Po kilkunastu minutach przestałem czuć śmierdzące ubrania, przyzwyczaiłem się. Nie był głupi, opowiadał spokojnie. Zapewniał, że kilkanaście lat temu był świetnym kreślarzem. Zarobił za większe zlecenie, wyszedł z pracy i rzucił się w cug. Po dwóch tygodniach żona wyrzuciła go z domu. Kolejna typowa historia z Fabrycznego. Tacy, jak pan Marek latem pojawiają się na ul. Piotrkowskiej, w bramach, na dworcu. Mówimy o Krakowie, Warszawie, Poznaniu. Dlaczego tam warto uciec, z czym i kim nie trzeba będzie się bić co krok o najmniejsze nawet sukcesy. Jasne, tam też są problemy, zablokowane ulice, rozpad. Tyle, że w najjaśniejszych punktach Polski czas ma inne właściwości. Nie ciągnie się bez końca, nie rozpływa w przestrzeni. Niedogodności mają do czegoś prowadzić. W Łodzi większość zniszczeń kieruje w pustkę. Przed dwoma miesiącami byłem zmuszony spędzić noc na tymczasowym dworcu we Wrocławiu. Malutkie pomieszczenie, wyjęte wprost z prowincjonalnego miasta. Czekaliśmy na poranny pociąg do Łodzi. Po północy pasażerów zaczęli zastępować bezdomni. Jakiś zalany facet oddał drugiemu dwieście złotych, które w garść wsunął mu na naszych oczach syn. Miały pójść na pociąg, poszły na wódkę. Tuż obok nas stały bywalec postanowił oddać mocz. Ktoś inny próbował nas okraść. I tak do czwartej rano. Byłem wściekły. Ale pewnie tak samo wściekli będziemy, tłocząc się na innych łódzkich dworcach. Trzeba się na taką możliwość przygotować. Wrocław dla wielu stanowi ideał, do którego chcieliby jak najszybciej uciec. Jak widać, tam też nie da się przejść przez zmiany bez bólu. Kiedy kolejny raz będziemy przeklinać tą budowę, warto spojrzeć na zegarek. Jeszcze do niedawna czas w Łodzi płynął do tyłu, nawet odliczanie do zamknięcia dworca dawno przekroczyło zero, pikując uparcie w dół. W końcu coś się zaczyna zmieniać.
niedziela, 27 grudnia 2009
Złożyć siebie w ofierze
ŻYCIE PO RAZ DRUGI
Ryzyko zarażenia wirusem HIV przez stosunek dopochwowy z seropozytywnym partnerem dla mężczyzny wynosi jeden do dwóch tysięcy, dla kobiety - jeden do sześciuset. Przez stosunek analny czynny - jeden do stu dwudziestu pięciu, a bierny - jeden do trzydziestu. Ryzyko zarażenia się zainfekowaną strzykawką wynosi jeden do piętnastu. Dzisiaj w Rosji jest czterysta pięćdziesiąt tysięcy zarejestrowanych nosicieli, ale władze szacują, że faktycznie jest ich około miliona. Trzy czwarte z nich to narkomani, którzy zarazili się zainfekowaną igłą albo strzykawką, ale większość nowych przypadków to ludzie, którzy zostali zarażeni drogą płciową. UNAIDS, agenda ONZ do walki z AIDS, bardziej realistycznie szacuje, że odsetek ludności żyjącej z HIV przekracza w Rosji dwa procent społeczeństwa - zatem prawie trzy miliony ludzi. Rosyjskie organizacje pozarządowe mówiły o czterech milionach już w 2005 roku. Trzydzieści procent to byli albo obecni więźniowie. W zakładach karnych panuje straszliwa narkomania. W łagrach rozlokowanych na Syberii co trzeci więzień ma wirusa HIV. SIERGIEJ - KOŃCZ WAŚĆ! Już od pięciu lat nie bierze narkotyków i nie pije. Właśnie przerwał terapię antywirusową, żeby podleczyć wątrobę zmasakrowaną przez żółtaczkę, narkotyki i alkohol. Stan wątroby martwi go bardziej nawet niż HIV, a jedna terapia przeszkadza drugiej. Jacek Hugo-Bader, Biała Gorączka (s. 89-91), Czarne, Wołowiec 2009
środa, 11 listopada 2009
Józef Robakowski - Prostokąt dynamiczny (1971)
Krew odtlenowana powraca z tkanek do serca żyłami głównymi: górną i dolną do prawego przedsionka serca, skąd przez zastawkę trójdzielną przepływa do komory prawej. Tętnicami płucnymi jest transportowana do płuc, gdzie następuje jej utlenienie. Powraca następnie do przedsionka lewego żyłami płucnymi, skąd trafia do komory lewej, a później aortą do pozostałych narządów. W ciągu przeciętnego życia serce uderza 2,5 miliarda razy. W czasie jednego cyklu sercowego człowieka przez serce przetłaczana jest całkowita objętość krwi w krwiobiegu. Serce zaczyna bić już 21 dnia od poczęcia. Krew krąży w nieskomplikowanym zamkniętym układzie naczyń, oddzielnym od krążenia matki. (źródło: wikipedia)
niedziela, 01 listopada 2009
Ucieczki i mechanizmy
Zanim przejdę do dyskusji na temat transterapeutycznej funkcji psychoanalizy, uważam za konieczne wskazać na niektóre niebezpieczeństwa płynące z psychoanalizy i ostrzec przed nimi. (...) Pierwszym powodem jest to, iż jest to łatwa droga odciągająca człowieka od prób rozwiązania swoich problemów samemu. Wraz ze wspomnianymi wcześniej idealizującymi wyobrażeniami o gładkim, bezbolesnym i pozbawionym wysiłku procesie wychodzenia ze swoich problemów, istnieje również rozpowszechnione mniemanie, że życie nie powinno nieść za soba żadnych konfliktów, trudnych wyborów, bolesnych decyzji. Trudne sytuacje uważa się za mniej lub bardziej nienormalne, a nie za konieczną część normalnego życia. (Erich Fromm, "O sztuce istnienia") *** Nie będę dziś pisał o psychoanalizie. Chociaż socjologia, jak powszechnie wiadomo, jest dyscypliną uprawianą przez dyletantów, z umiłowaniem wchodzących wraz ze swoimi teoriami na pola wyznaczone przez inne nauki - nie podejmę się oceny zjawiska tak szerokiego, o którym wiedzę mam co najwyżej mglistą. Tym, co mnie interesuje, jest obraz ludzkiego strachu przed odpowiedzialnością i przed podejmowaniem decyzji, wyłaniający się z refleksji Ericha Fromma, dotyczącej zagrożeń wynikających z zastosowania psychoanalizy. Pojawiają się w niej ostrzeżenia przed niebezpieczeństwami charakterystycznymi współczesnemu człowiekowi - obawą przed cierpieniem, ucieczkami w kolejne cudowne rozwiązania - które nie usuwają żródła problemów psychicznych, a jedynie ich objawy. Objawy, które wracają wraz z kolejnym wyzwaniem stawianym nadszarpniętej psychice. Rzeczywistość kształtowana przez wymagania stawiane nam przez innych i okoliczności kieruje ludzki umysł na manowce schizofrenii. Stan ten, w niektórych przypadkach malowniczy, tu zmusza do coraz mniej przemyślanych ucieczek. Z jednej strony mamy nieusuwalną potrzebę odczuwania i podziwiania piękna; pragnienie ekspresji własnego ja, w której człowiek - nie jednostka - odnajduje swoją autonomię. Sprowadzone do milionowych nakładów felietony półpisarzy, spełnionych artystów i domorosłych filozofów życia podkreślają wagę pracy nad sobą, odnajdowania nowej drogi, pasję, jaką daje zgoda dana samemu sobie na wolność. Z drugiej strony świat widziany z perspektywy borderline, granicy między całkowitą odpowiedzialnością za samego siebie, a niedojrzałością do w pełni wykorzystywanej dorosłości - to wcale nie świat gimnazjalisty, licealisty, studenta czy wchodzącego w strukturę korporacji trzydziestolatka. W mniejszym, lub większym stopniu linia graniczna, o której mówię, dotyczy nas wszystkich. Jeśli pojmować dorosłość jako zdolność do pełnej kontroli swojego umysłu, przemyślanego podejmowania nie tylko rzeczywistych kroków, ale i przeprowadzania operacji myślowych - to można uznać, że na rozdrożu zrobił się już nieznośny tłok. Współczesna kinematografia zakochała się w pracy kamery, zabawie ostrością obrazu, rozmywaniu granic między marzeniem, a faktem. Twórcy odnaleźli język - dzięki technice, dzięki upowszechnieniu dóbr intelektualnych - którym mogą opowiadać o swoich fantazjach. Oglądając takie obrazy, mamy wrażenie, że czytamy w samych sobie - te same korowody myśli, to samo rozmycie powieki, ust, twarzy, gdy całujemy. Kolory, niedorzeczności, brak konsekwencji, jak we śnie. Wkraczamy w marzenie drugiego człowieka. Przez kilka godzin dokonujemy introspekcji, której żaden z nas nie jest w stanie dokonać w tym stopniu, kiedy pozostaje sam na sam z własnymi myślami. I choć ten akt można nazwać odczuwaniem piękna, nauka którą z niego wynosimy ulatnia się wraz z napisami końcowymi. W eseju "O sztuce miłości" Fromm pisał o miłości sentymentalnej. Ludzie przeżywający miłość sentymentalną zatapiają umysł w literaturze, w filmie, w usłyszanych niezwykłych historiach - przeżywając je jak własne, poszukując poruszenia z zewnątrz, wywołanego sugestywnym obrazowaniem. Niezdolni do kochania w sposób nie symbiotyczny, lecz podkreślający autonomię w jedności - wybierają patologię miłości, na dłuższą metę rozdzierającą od środka nieszczelne mechanizmy ochronne. Rzeczywistość świata targanego dylematami - nazwijmy je tak - postmodernistycznymi, to zarazem rzeczywistość jednostki ludzkiej jako odmiennej od zwierząt i jednostki ludzkiej jako mrówki, pracującej na interes mrowiska, którego nigdy nie widziała, i bliżej nieokreślonej królowej, mgliście zarysowującej się na horyzoncie. Psychoanaliza, ujęta w cytacie, którym posłużyłem się na początku, stanowi symbol pseudorefleksji nad samym sobą - prowadzonej w sposób wymuszony charakterem świata, w którym przyszło nam żyć - na który jest narażony każdy, kto w tym świecie funkcjonuje. Nie jest to dylemat zawsze rozwiązywalny i boję się, że w niektórych sytuacjach jest wręcz niemożliwe, aby spróbować sobie odpowiedzieć na pytanie: mieć czy być? Samo postawienie pytania jednak zabiera grunt pod nogami i skłania, wręcz zmusza do zastanowienia się nad naturą mniej lub bardziej uświadomionych niepokojów, które budzą się w głowie człowieka. Przyzwyczajeni do zmniejszonych nakładów wysiłku, wytrenowani na genialnych obrońców swoich własnych mechanizmów myślenia automatycznego i myślenia bezrefleksyjnego - stanowimy genialny materiał do obróbki dla uproszczonych schematów i ich proroków. Jednak próba odwrócenia ról i odnalezienia samego siebie w roli kata, w żadnym wypadku jako masochistyczna zabawa, a raczej prowokacja uśpionego umysłu - to krok w dobrą stronę. Cierpienie, ból i zmęczenie jako symptomy podjętych kroków - mogą skrywać nadchodzące spełnienie poszukiwań. Sentymentalizm, bezrefleksyjność, poszukiwanie ratunku w półśrodkach - to tylko placebo. Nie istnieje lek na ból istnienia, ale może istnieje spełnione życie, okupione niezliczoną serią przegranych i wygranych bitew. Warto próbować.
poniedziałek, 19 października 2009
Introspekcja
Bardzo ciekawe- rzekł Hans Castorp.
Działanie światła wyprzedziło późniejszy proces gnicia, ciało, które miał na sobie, zostało jakby rozpuszczone, zniszczone, rozwiane w leciutką mgiełkę, a ostał się tylko misternie utoczony szkielet prawej ręki; dokoła pierwszego członu serdecznego palca widniał otaczający go luźno czarny sygnet, odziedziczony po dziadku; jeden z twardych przedmiotów tej ziemi, którymi się zdobi ciało, przeznaczone do rozpłynięcia się pod nim, tak że, oswobodzony, dostaje się na inne ciało, które z kolei może go znowu przez chwilę ponosić. Oglądał teraz dobrze sobie znaną część swego ciała oczami owej damy z rodziny Tienapplów, przeszywającymi na wskroś, jasnowidzącymi oczami, i po raz pierwszy w życiu zrozumiał, że umrze.
wtorek, 29 września 2009
Wizualny kanibalizm
"W naszej epoce obrazy ciał wciąż się multiplikują: z jednej strony otaczają nas przedstawienia ciał idealnych, pięknych, młodych, zdrowych, poprawianych; z drugiej - ciał zranionych, zmaltretowanych, martwych. Obrazy ciał poddanych różnym formom przemocy stanowią ogromną cześć naszej kultury wizualnej. Jesteśmy społeczeństwem nasyconym obrazami, pochłaniającymi, jak powiada John Fiske, nieskończenie większą ilość obrazów niż ludzie społeczeństwa przedindustrialnego: Różnica ilościowa jest tak wielka, że przekształca się w jakościową; przy rosnącej dawce obrazów zmieniają się proporcje między rodzajami doznań. Istotnie, żyjemy w epoce postmodernizmu, w której doznania wzrokowe wysuwają się na plan pierwszy i zacierają wszystko inne.
Te pierwsze obrazy, które znamy z reklam, witryn sklepowych nie kojarzą się z przemocą - są piękne. Jednak również one ulegają przeróbkom i obróbkom: odchudzane, odmładzane, poprawiane. Ideał młodego i zdrowego ciała, który dominuje w kulturze wizualnej, sam w sobie wiąże się z przemocą, wykluczaniem. Lynda Nead w książce o akcie kobiecym pisze o usuwaniu z pola widzenia (a zarazem z naszej świadomości) ciał nieprzystających do ideału: chorych, starych, niepełnosprawnych. Ich nie chcemy oglądać, o ich problemach nie chcemy myśleć. Autorka dominację ciała młodego, zdrowego i pięknego nazywa wręcz "cielesnym fanatyzmem". Można więc zapytać, jaka jest kondycja ciała we współczesnej kulturze wizualnej? Czy przemoc jest nieodłącznie związana z obrazami ciał, które nas otaczają? Rodzaj przemocy zawarty jest już w samym spojrzeniu, które czyni innych obiektem widzenia. Można mówić również o różnych rodzajach przemocy: przemocy symbolicznej, przemocy zneutralizowanej, przemocy ukrytej czy też przeciwnie: przemocy widowiskowej - wyeksponowanej i podkreślanej." Izabela Kowalczyk, "Wobec wizualnego kanibalizmu" (s. 61-62), w: "Przestrzenie fotografii. Antologia tekstów", Galeria f5 & Księgarnia Fotograficzna, Łódź 2005
sobota, 26 września 2009
Szkiełko, oko, człowiek
Jest tutaj brudno. Przez ekran do pokoju przedostają się: smród moczu i źle strawionego alkoholu, mróz bezskutecznie rozcierany zmarzniętymi rękoma i obdrapane ściany niemal pustego dworca kolejowego. Pomieszczenie lekko się chwieje, jakby kamera nie była w stanie zrezygnować z tańca w rytm stawianych kroków. Najpierw twarze. Rozorane kolejnymi dziesiątkami, dwudziestkami, w dobry dzień i setkami złotych upłynnionymi w ciałach już dawno należących do kogo innego, niż ich mieszkańcy. Następne są usta, sztucznie wykrzywione w niewinnym uśmiechu dziecka przyłapanego na gorącym uczynku. Dziecko nie zmieniało od dawna pieluch, nikt nie uprał mu kurteczki. Stół, na którym stoi szklanka, z biegiem lat nie staje się coraz mniejszy, to dziecko z coraz większą desperacją wyciąga ramię, dłonią szukając zimnej faktury szkła. Za kilka ujęć widzimy to samo dziecko, zmienione nie do poznania. Elegancko ubrane, leży spokojnie na wysokości oczu przyjmowanych gości. Dziecko nie żyje. Litery, przesuwające się po powierzchni kolejnych przewracanych kartek przybierają kształty, budują scenerię obserwowanego świata. W obskurnych mieszkaniach, znaczonych tanią herbatą ze szklanki i cukiernicą gryzącą się wiecznie z jaskrawą serwetą - siedzą: matka Wandy Rutkiewicz, zmarłej w górach himalaistki, oczekująca z każdym kolejnym rokiem powrotu córki; Barbara Sadowska, poetka, matka Grzegorza Przemyka. Kolejne osoby, których życie naznaczone zostało cierpieniem. Czasem śmieszne, czasem tragiczne, jeszcze kiedy indziej szalone - pokazują swoim życiem siłę i kapryśną wiarę. Piękno ludzkiej walki z niekończącym się przypadkiem, próbę odwrócenia wyniku już wykonanego równania. Wszystkich, których poznaliśmy przed chwilą, łączy jedno - znamy ich dzięki tym, którzy są ciekawi świata. Chcą go poznać, rozbić szybę która dzieli ich od miejsca, do którego nie należą, ale chcą je poczuć tak jak Ci, o których chcą się dowiedzieć jak najwięcej. Tyle, aby zrozumieć. *** Nie jestem określony. Trzy lata studiów to czas, po którym pewnym krokiem powinno się wejść przez wybrane drzwi do odpowiedniego pomieszczenia. Pomieszczenie powinno być oznaczone odpowiednim numerkiem, na biurku powinny się piętrzyć odpowiednie stosy myśli, gotowych do poddania się obróbce dobrze naoliwionego umysłu. Tyle teoria. W praktyce numerek jest zamazany, a tabliczka z nazwiskiem to wciąż tabula rasa. Specyfika studiów socjologicznych - być może polega na tym - że są ciągłym poszukiwaniem, redefiniowaniem własnego punktu odniesienia do świata. Tak powinno być - chyba, że szukamy stablizacji, nie zaś choćby namiastki prawdy. Wydaje się, że dokumentalista i reporter są nam bliscy w akcie ciągłego przeobrażania, próby odnalezienia języka, który przez jednostkę - nie, nie jednostkę, człowieka - doprowadzi do prawdy o czymś więcej. Skupienie na tym, którego życie chłoniemy, zbliżenie do niego i introspekcja - to właśnie łączy niektórych z nich. Tych, którzy zbliżają usta, aby posmakować, wytężają wzrok, aby lepiej zobaczyć. Odtykają nos, żeby poczuć. Takie podejście pozwala rozbić szybę, uciec od próżni - oczywiście o ile nie jest tylko międzyludzkim odpowiednikiem metody Stanisławskiego w wydaniu amerykańskim. Jacek Bławut, zaprzyjaźniając się z alkoholikiem Michałem Waludą, przekracza pewną granicę, gdzie czystość i obiektywizm przestają być możliwe. Łatwo tu o krytykę, o zarzut, że stając się współbohaterem, próbując interweniować, walcząc o los tego, o kim opowiada, modyfikuje rzeczywistość. Słyszałem o tym wielokrotnie, gdy uczono mnie, jak budować kwestionariusz, jak zadawać pytania, aby uzyskać odpowiedź jak najbliższą prawdy - to miało być celem. Postulat jak najbardziej słuszny, pozwolę sobie jednak przypomnieć, że nie zawsze właściwy. Wchodząc w czyjeś życie, zdobywając zaufanie i trafiając do miejsc wcześniej nieznanych - dzięki temu zaufaniu właśnie - dokumentalista i reporter spełniają sen socjologa - w większości przypadków dla niego niedostępny, bo sprzeczny z jego zasadami. Bławut, Karabasz, momentami też Łoziński (gdy rezygnuje z ironicznego komentarza) , Tochman, Hugo-Bader, wszyscy oni eksplorują ten obszar, który socjologia pomija - ludzką duszę. Zmodyfikowaną, kryjącą się za kolejnymi maskami, gubiącą się w liczbach - ale dziwnie znajomą. Stoją oni gdzieś między fikcją, a faktami, mówiąc o prawdziwym świecie, który nas otacza tak, aby liczby, słowa, gesty, wydarzenia nie pozostawiły nas obojętnymi. Jakby socjolog był niespełnionym poszukiwaczem duszy; jakby dokumentalista, reporter byli niespełnionymi poszukiwaczami utrwalonej w przygotowanej formie prawdy. W tej relacji widać wzajemne poszukiwanie, złożoność wszystkiego, co każą nam poznawać nasze zmysły, co każe nam analizować umysł. W działaniu prowadzonym przez nich wszystkich, w tych próbach - gdzieś tam znajduje się człowiek. 14 procent mężczyzn i 4 procent kobiet w Unii Europejskiej jest alkoholikami. Kiedyś w 2005 roku zmarł Michał Waluda, bohater filmu "Szczur w koronie". Ten sam Michał, który utrwalony na taśmie wciąż tańczy na Balu Abstynenta. Uśmiech, uśmiech dziecka. 12 października 2002 w mieście Kuta na wyspie Bali dokonano zamachu terrorystycznego. W jego wyniku zmarły 202 osoby, a ponad dwieście zostało rannych. Jedną z ofiar była dziennikarka Gazety Wyborczej Beata Pawlak. Bohaterka książki Wojciecha Tochmana "Córeńka". Beata, koleżanka z redakcji, głodna świata, stąpająca po niepewnym gruncie. Życie w skali makro i życie w skali mikro. Fakty i dusza.
wtorek, 22 września 2009
Maska. Rzecz o Witoldzie Gombrowiczu (fr.)
„Jaśnie panicz”, książka Joanny Siedleckiej o Gombrowiczu, prowadzi nas przez jego życie od narodzin na Sandomierszczyźnie aż po śmierć w francuskim Vance. Jej lektura pozwala zaobserwować, jak wiele różnych form przyjmuje jedna osoba w oczach różnych ludzi. Jak plastyczny jest ludzki profil – kształtowany przez ludzkie poglądy, składany w całość ze strzępków informacji, niedopowiedzeń i chwilowych spotkań. Pojawiają się tam: Gombrowicz-dusigrosz, Gombrowicz-egocentryk, Gombrowicz-filozof. Można wręcz powiedzieć, że bohaterów biografii jest więcej, niż jeden – a każdy z nich przedstawia zupełnie inną historię. Człowiek na koniu jest równie dziwaczny, jak szczur na kogucie, kura na wielbłądzie, małpa na krowie, pies na bawole. Człowiek na koniu to skandal, zakłócenie naturalnego porządku, gwałcąca sztuczność, dysonans, brzydota [1] – trudno w to uwierzyć, ale to zdanie wypowiedział człowiek urodzony w zamożnej rodzinie ziemiańskiej. Jeszcze większe zdziwienie budzi lektura pierwszych rozdziałów „Jaśnie panicza” - Witold przypomina tutaj raczej zagubionego, cichego chłopca: ani rozgarniętego, ani zaskakującego intelektem. Tak odległego znanemu powszechnie kpiarzowi i przenikliwemu obserwatorowi otaczającej go rzeczywistości.
Być może słowa Marietty Borewiczowej o jej wuju rozjaśnią nam nieco obraz sytuacji: (...) długo był milczący, zamknięty w sobie. Bardzo nieśmiały; zwłaszcza wobec kobiet. Wobec mężczyzn z resztą też (...) Jego bracia bawili się, tańczyli, flirtowali z pannami, brylowali w towarzystwie. On nie. (...) Większość rodziny i kolegów, których znałam, nie rozumiała go i nie traktowała poważnie (...) Byliśmy wychowani na literaturze niepodległościowej, patriotycznej, poważnej – chociażby Żeromskim, Sienkiewiczu, a tu gorszące zwroty: „przyprawić pupę”, „przyprawić gębę”, „zgwałcić przez uszy”. [2] Można zaryzykować stwierdzenie, że być może u podstawy niektórych postaw Gombrowicza leżała niezgoda na rzeczywistość taką, jaką zdążył poznać w młodości – wzajemne przyprawianie sobie „gęby”, marne aktorstwo w obserwowanym przez niego teatrze życia. Niepodległościowa, patriotyczna, poważna nie tylko literatura, ale i kultura, kryjąca za murem haseł pustkę. Bodzechów, Małoszyce – to nie były miejsca właściwe dla młodego człowieka, który obserwował to szaleństwo z rosnącym z wiekiem dystansem. Poznawany dzisiaj z perspektywy czasu Intelektualista, piąty, wyklęty przez husarię groteskowych patriotów anty-wieszcz narodowy - któremu nieobcy byli Foucault czy Barthes – wydaje się być postacią wielowymiarową. Pisarz, mimo silnej osobowości i dość kontrowersyjnych poglądów chętnie funkcjonujący w środowisku literackim, spotykający na swojej drodze Mrożka i Miłosza – jest jednocześnie przedstawicielem, jak i zdrajcą klasy próżniaczej w rozumieniu tego terminu wypracowanym przez Thorsteina Veblena w „Teorii klasy próżniaczej”. Charakteryzował on ją jako nieprodukcyjną część społeczeństwa – zajmującą się próżnowaniem oraz konsumowaniem na pokaz w celu zademonstrowania swojej wysokiej pozycji społecznej. Bezczynność w węższym sensie, w odróżnieniu zarówno od wykonywania (...) czynów, jak i jakichkolwiek zajęć produkcyjnych, na ogół nie pozostawia żadnych śladów materialnych. Dlatego też świadectwa spędzenia jakiegoś okresu życia na czcigodnym próżnowaniu przybierają zwykle formę dóbr „niematerialnych”. Takimi niematerialnymi dowodami próżnowania są quasi-naukowe lub quasi-artystyczne osiągnięcia, a także wiedza nieużyteczna, która nie służy podtrzymywaniu lub przedłużaniu życia ludzkiego[3] Zapomnijmy na chwilę o wymowie całego dzieła Veblena. Powyższe zdania, rozważane przez pryzmat dziedzictwa polskiej kultury narodowej, przywodzą na myśl choćby towianizm, kult romantycznej prozy i poezji, pozytywistyczne nowele. Czy wszystko to, obserwowane okiem trzeźwego, zdystansowanego Obserwatora żyjącego w okresie międzywojnia, wynoszone na ołtarze przegranej z góry sprawy – nie jawi się jako kabaret odgrywany przez ślepców? Z jednej strony Polska jako jeden z posłanników Chrystusa, z drugiej – sąsiad, a zarazem kuzyn łożący milion złotych na polską łódź podwodną w roku wybuchu wojny. Z jednej strony praca nad nowonarodzonym państwem, z drugiej – pielęgnowanie narodowych dziwactw, coraz śmieszniejszych wraz z upływem kolejnych wieków. Wszystko to podane w sosie polskiego ziemiaństwa, mieszczaństwa, husarii o płomiennym zapale i ambicjach przerastających wielokrotnie możliwości. W tle – autentyczne cierpienie i zniszczenie trwające setki lat, autentyczny lament bezradnych, ale i bezczynnych. Polacy będąc narodem najbardziej uwikłanym w mrzonkę, iluzję, frazes, legendę, deklamację, byli też najbliżsi rzeczywistości „in crudo”, „sens phares”, tej co łamie kości. To był atut do wyzyskania. Najostrzejszy realizm, to jedyne mogło nas wyciągnąć z bagna naszej „legendy” (...) Wydobyć Polaka z Polski[4] – mówił Obserwator o swojej metodzie pisarskiej, wyrosłej ze wspomnianych przeciwieństw. Nie mógł więc Gombrowicz trafić gorzej i lepiej zarazem: jego natura kazała mu trzymać się z dala od polskich powierzchownie patriotycznych przypadłości, jednocześnie pozwalając wychowywać się w samym ich sercu – wśród ziemian, a następnie polskich literatów, obserwując kolejne poczynania historii z okien warszawskiego mieszkania aż do momentu, gdy Polska stała się tylko figurą, obserwowaną trans-Atlantyk. [5] [1] Witold Gombrowicz, Dziennik [2] Joanna Siedlecka, Jaśnie panicz, Krajowa Agencja Wydawnicza. Gdańsk 1992 (s.67) [3] Thorstein Veblen, Teoria klasy próżniaczej, MUZA SA. Warszawa 2008. (s.41) [4] Witold Gombrowicz, Testament, Res Publica. Warszawa 1990 (s. 66) [5] Gombrowicz w Testamencie: „Mój Trans-Atlantyk to nie statek, a coś jak poprzez Atlantyk. Powieść zwrócona z Argentyny ku Polsce.”
środa, 02 września 2009
Pierwszy krok w chmurach
Był to nieznaczny urzędnik: nie osiągnął w życiu niczego, gdyż brakło mu i talentu, i wytrwałości. Jak każdy tego rodzaju człowiek uważał się jednak za skrzywdzonego i niezrozumianego. Popatrzył na śliczną dziewczynę i pomyślał: "Mój Boże! Gdybym ja miał taką! Może by to wszystko zaczęło być inne? Taka kobieta może odmienić wszystko; może dla niej wziąłbym się jeszcze za coś? A tak - złamane życie. Ech, cholera! Muszę iść do kina. Człowiek zaczyna się rozklejać..." Posmutniał i przyspieszył kroku. Skoro tylko przeszedł, dziewczyna zapytała chłopca: - "Dasz, czy nie?" - "Nie lubię się powtarzać" - odparł. Popatrzyła na niego swymi ciemnymi oczyma i rzekła cicho: - Ty skurwysynu. 1 Wielu z nich chce uleczyć chorobę jej własnym roztworem. Wielu z nich próbowało uciec od goryczy - tej goryczy rozlewaniem; uciec od bólu - dzieląc się nim; zwalczyć wątpliwości - oddając im pole walki. Literaci, filozofowie, socjologowie. Ludzie, z ich własnymi wątpliwościami i słabościami - mającymi często wpływ na kierunek poszukiwań, które decydują nie tylko o nich samych - ale i innych. Piękno zatopienia w poszukiwaniu granic wytrzymałości oślepia wielu, a tych najwybitniejszych usuwa z rejestru, pozostawiając świadectwo zagubienia i rozpaczy. Ukrytej często pod grubą warstwą cynizmu, ironii, przypominającą walący się w gruzy monumentalny budynek, we własnej autodestrukcji wyrażający pogardę dla przeciętnych. To pociągające, prawda. Marzą o tym legiony nastoletnich blogerów, pisząc poezję, mówiąc o sobie samych tak, jakby mówili w imieniu całego pokolenia. Marzy też o tym wielu starszych - podobnych do marnych kopii prasowych komentatorów z automatu grających święte oburzenie i przejęcie. To, pociągające, zwłaszcza w czasie, w którym małych "wojen" nie brakuje - ale brak kolektywnego przeżycia. Jest tylko albo programowa gorączka, albo nachalny autobiografizm z nieuzasadnionymi ambicjami. Podziwiamy tych, którzy swoją dojrzałość osiągnęli, patrząc na absurdalne badania granicy człowieczeństwa. Ich pozornie kontrolowana gorycz dawała duszące poczucie siły, a obserwowana z boku - narzuca dziś wciąż szacunek, buduje kult. Jak często jednak była to tylko gra, ważne świadectwo - zbyt jednak poważnie traktowane mogące jednak przytłaczać, niszczyć? 2 Mówię o Marku Hłasko, cytowanym tu na samym początku. Mówię o Becie ze "Zniewolonego umysłu", czyli Tadeuszu Borowskim. Mówię też o zastępach wrażliwych i utalentowanych, których podziwiamy, zapominając o tym, jak cudze szaleństwo czy zagubienie potrafi brać w zdradliwe objęcia nieprzygotowane umysły. Marek Hłasko pojawił się przede mną nagle, z siłą uderzającego przechodnia auta. Przed sobą mam zbiór opowiadań "Pierwszy krok w chmurach", wydanie z 1957 roku - moją pierwszą i być może ostatnią wspólną podróż z tym autorem. Jego twórczość wciąga, narzuca swój punkt widzenia, jest on jak genialny mówca, przekonujący czytelnika o marności świata. Sam o sobie powiedział: "Jest oczywiste, że stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd bierze się nędza intelektualna moich opowiadań; ja po prostu nie potrafię wymyślić opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy też więzieniem". Bohaterem Hłaski jest człowiek będący hybrydą cienia marzeń o normalności, pospolitych wyobrażeń szczęścia z obrzydliwością doświadczenia wojny i niewiarą w możliwość dalszego dojrzewania "drzewa marzeń", którego młody chłopak w jednym z opowiadań broni przed matką, wiedzącą już, co oznacza dla niego jego dalsza droga w życie. Oznacza ona porzucenie złudzeń. Najbardziej bolesna w tych opowiadaniach jest jednak nie chłodna argumentacja, beznamiętnie przedstawiony finał każdych starań - bezpowrotnie utracona niewinność, co krok popełniane świństwa, samozniszczenie i słabość. Wszystkie te wymienione, charakterystyczne dla Hłaski cechy nowego, wciąż trwającego w akcie kreacji świata są ważne. Mówią o wczesnopowojennym społeczeństwie bez znieczulenia, przez pryzmat jednostek - co pozwala je lepiej poznać. Najbardziej bolesna dla wrażliwego czytelnika jest bezpowrotnie utracona niewinność, co krok popełniane świństwa, samozniszczenie i słabość tkwiące w samym Hłasce - przenoszone niczym wirus drogą pisma. Te historie mówią nam nie tylko o szczególnym fragmencie w dziejach świata, ale także o ludzkiej moralnej nędzy. O płonnych nadziejach i żałosnych próbach. Jest to literatura, która rozsadza od środka, niebezpieczna i pociągająca zarazem. Czuję, że Hłasko nie wziął pod uwagę, że choć opisywanie własnych demonów jest formą autoterapii - może także zakażać. I nie potrafię się pozbyć wrażenia, że gorycz Hłaski, głęboko przetrawiona i przemyślana przez czytelnika - odsłania tylko pustkę. Bezmyślną, bez dalszego ciągu. Tadeusz Borowski też potrafił wciągnąć czytelnika w świat pozbawiony zasad, w którym matka ucieka od własnego dziecka w pogoni za płonną nadzieją ocalenia; w którym zarówno Niemcy, jak i Amerykanie w czasie wojny są jednakowo żałośni i odrażający; w którym w końcu - niby banalny wniosek - fizjologia w mgnieniu oka zastępuje filozofię. Miłosz, przedstawiając go jako Betę w "Zniewolonym umyśle" - naszkicował obraz człowieka, którego wzbierający od wczesnej młodości gniew, potrzeba walki ze światem i doświadczenie wojny, a potem komunistyczna fascynacja poprowadziły ścieżką od najpierw brutalnej - ale prawdziwej - szczerości, przez ideologiczne zapamiętanie - aż po samobójczą śmierć. Historia potrafi niszczyć najwybitniejsze umysły, potrafi także - zwłaszcza, jeśli sprawa się tyczy tych najwrażliwszych, najwartościowszych - wprowadzać do ludzkiego krwioobiegu jad beznadziei. Powstaje z tego prawda, wstrząsająca w obrazie powszechnego oślepienia - łatwo przy jej poznaniu jednak zapomnieć, jak często ginie, zgubione zostaje w tym wszystkim najistotniejsze. Świadek i ofiara w jednym. Człowiek.
wtorek, 01 września 2009
Gruba warstwa szkła
Siedemdziesiąta rocznica agresji nazistowskich Niemiec na tereny II RP to czas, w którym powinniśmy spróbować przez chwilę uważniej posłuchać tych, którzy swoje, czysto ludzkie i osobiste przeżycia z czasu II Wojny Światowej przedstawili za pomocą słowa. Białoszewski, Borowski, Baczyński. I Miłosz, postać niejednoznaczna, ale istotna. Pisząc "Zniewolony umysł" przedstawił obraz powojennego państwa - skaleczonego, znajdującego się w duszącym objęciu Silniejszego. Obraz deformacji umysłu człowieka, dokonywanej przez okoliczności - ideologię, wiatr historii, przemoc. Warto dać mu głos w dyskusji, zwłaszcza dziś. *** Człowiek ma na ogół skłonność do uważania porządku, w którym żyje, za naturalny. Domy, które ogląda idąc do pracy, przedstawiają mu się bardziej jako skały wyłonione przez samą ziemię niż jako dzieło umysłów i rąk ludzkich. Czynności, jakie wykonuje w swojej firmie czy biurze, ocenia jako ważne i stanowiące o harmonijnym funkcjonowaniu świata.(...) Jednym słowem zachowuje się trochę jak Chaplin w Gorączce złota, który krzątając się po swojej chacie nie podejrzewa, że wisi ona na skraju przepaści. Już jednak pierwsza wędrówka ulicą, której chodniki pokrywa gruba warstwa szkła z rozbitych przez bomby szyb, a po jezdni wiatr niesie papiery z biur wyewakuowanych w panice, podrywa jego zaufanie do rzekomej naturalności jego dotychczasowych przyzwyczajeń. Jak lecą te papiery z tak wielką ilością pieczątek, z napisem "poufne", "ściśle tajne"! Ileż sejfów, kluczy, ile mięsistych dyrektorskich podbródków, konferencyj, woźnych, cygar, panienek w napięciu stukających na maszynach! A tu wiatr goni te papiery ulicą, każdy może je podnieść, przeczytać, ale nikt nie ma na to ochoty, są pilniejsze sprawy, na przykład zdobycie kilograma chleba. Człowiek idzie dalej ulicą i zatrzymuje się przed domem przepołowionym przez bombę. Prywatność ludzkich mieszkań, ich rodzinne zapachy, ich ciepło pszczelego plastra, ich meble przechowujące pamięć miłości i nienawiści! A teraz wszystko na wierzchu, dom ukazuje swoją strukturę, nie jest to skała trwająca od wieków: tynk, wapno, cegła, szalowania, a na trzecim piętrze samotna i przydatna tylko dla aniołów biała wanna, z której deszcz wypłucze wspomnienie o tych, co się w niej kiedyś kąpali. (...) Który świat jest "naturalny"? Czy ten sprzed wojny, czy wojenny? Oba są naturalne - sądzi człowiek, jeżeli oba dane mu było poznać. Nie ma instytucji, nie ma obyczaju i przyzwyczajenia, które by nie mogło ulec zmianie. Wszystko, czym żyją ludzie, jest darem formacji historycznej, w jakiej się znaleźli. Czesław Miłosz, Zniewolony umysł, 1953 r. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||